Ludzie

SIOSTRY LEKKICH OBYCZAJÓW, Bliźniaczki Fokkens, Amsterdam
CHI CHI – GRUBE BABY – CURACAO, KARAIBY
RYBACY NA PALACH – SRI LANKA
KOBIETY Z REKLAMY CEJLOŃSKIEJ HERBATY – SRI LANKA
AKHA – TAJLANDIA, LAOS, BIRMA, CHINY
THANAKHA – BIRMA
LONGYI – MĘŻCZYŹNI W SUKIENKACH – BIRMA
KOBIETY Z PLEMIENIA DŁUGICH USZU – TAJLANDIA
KOBIETY DŁUGIE SZYJE – TAJLANDIA
NOWICJUSZE BUDDYJSCY – AZJA
PLEMIĘ PA-O – BIRMA, TAJLANDIA
PLEMIĘ PALAUNG – BIRMA, TAJLANDIA, CHINY
RYBACY, INLE LAKE – BIRMA
SADHU – INDIE, NEPAL
KOBIETY O DEMONICZNYM UŚMIECHU – AZJA


SIOSTRY LEKKICH OBYCZAJÓW, Bliźniaczki Fokkens, Amsterdam

Poznajcie bliźniaczki Fokkens… wiek: 70 lat. Lata przepracowane w zawodzie: 50. Osiągnięcia zawodowe: 360.000 kochanków! oraz założenie pierwszego w historii prostytucji związku pracowniczego.
,,Byłaś prostytutką- prostytutką pozostaniesz na zawsze. Bądź więc prostytutką pełną gębą,,.Tak brzmi motto życiowe bliźniaczek o których w ubiegłym roku powstał słodko gorzki film dokumentalny „ Meet The Fokkens” oraz kilka publikacji. Bliźniaczki są niewątpliwie jedną z ciekawszych ,,atrakcji,, Amsterdamu.
Siostry Fokkens są, a dokładniej były najpopularniejszymi prostytutkami miasta rozpusty. Pracę w zawodzie rozpoczęły jeszcze przed ukończeniem dwudziestego roku życia. Na ulicę czerwonych latarni trafiły zaraz po tym, (kierowane potrzebą wyrwania się z dysfunkcyjnych związków w których tkwiły obie) jak uciekły z domów, opuszczając swoich ówczesnych partnerów. Ucieczka nie poprawiła jednak sytuacji życiowej sióstr- patologiczne środowisko miało być tłem ich całego przyszłego życia.
Niedawno bliźniaczki przeszły oficjalnie na emeryturę, uzasadniając swoją decyzję tym, iż choroby starcze (w tym najbardziej dokuczliwy artretyzm) nie pozwalają im na kontynuację zawodu. Louise, która jest matką czwórki dzieci, przyziemnie stwierdza, że najzwyczajniej w świecie stan zdrowia nie pozwala jej na dalszą pracę, a artretyzm sprawia, że niektóre pozycje seksualne są dla niej „zbyt bolesne”. Z kolei Martine, matka trójki, przyznaje że w dzisiejszych czasach, o dobrych klientów, czyli o klientów z gestem jest bardzo trudno i czas najwyższy przejść na zasłużoną emeryturę. W filmie dokumentalnym Martine wyznaje: ,, przychodzi regularnie. Nie mogę go zostawić. Przychodzi już od tak długiego czasu, że stało się to rytuałem-jak chodzenie do kościoła w niedzielę, po czym kończy zdanie serdecznym uśmiechem…
Spotykam siostry w ich galerii, w modnej części dzielnicy czerwonych latarni. Marie wita mnie serdecznie, a ja tak naprawdę nie wiem jak mam się zachować. Przede mną stoi uśmiechnięta starsza Pani, ale ta Pani była przecież prostytutką, jedną z dziewczyn z zza szklanych drzwi…Jej niebieskie oczy są dziwne, wbrew pozorom odnoszę wrażenie, że wpatruje się we mnie ktoś bardzo bystry i ktoś bardzo niedostępny. Louis właśnie kończy wywiad dla jednej z lokalnych telewizji. Po chwili dołącza do nas. Dwie, ubrane jednakowo …artystki. Tak-artystki właśnie. Bo siostry odkryły w sobie talent malarski!. Według mnie, to z pewnością nie talent, również nie pasja, a jedynie tzw. żyłka do robienia interesów-a gdzie jak gdzie, ale na czerwonej ulicy z pewnością szybko można i należy nauczyć się sprytu. Siostry opowiadają o przeszłości, ja w tym czasie jestem straszliwie zażenowana, jednak bardziej frywolna Louis sprawia, że po chwili czuję się już dużo swobodniej. Bliźniaczki z przejęciem opowiadają o nowej książce, która ma się już niebawem ukazać (w przekładzie na angielski)zapraszają mnie nawet na premierę, w sumie jestem ciekawa jak mogłaby wyglądać premiera książki prostytutek…opowiadają o nowym filmie dla national geographic, o swojej twórczości. Prezentują prace…no właśnie-,,prace,,.Jakaś martwa natura-nawet poprawne, za to cała reszta-straszliwa masakra. Nieudolne, naciągane abstrakcje, tandetne obrazki-nie nie nie!!!.Chcę zobaczyć obrazy, które są wasze, które są w jakiś sposób tożsame z tym, czym się zajmowałyście, z tym, kim tak naprawdę byłyście- mówię. Bliźniaczki obrzucają mnie chłodnym spojrzeniem, po czym odpowiadają: czekaj, mamy coś dla ciebie. Wracają ze szkaradnymi akwarelkami przedstawiającymi co prawda prostytutki, czerwoną ulicę, no i fallusy oczywiście, ale obrazki te, były tak żenująco słabe-w zasadzie nie różniły się niczym od bohomaza trzylatka na przykład, że wykrzywiam twarz w sztucznym uśmiechu, i powoli tracę cierpliwość. Kiedy w końcu Louis pokazuje mi płótno- już po chwili moje płótno:)w zasadzie brzydki, nieporadny rysunek kotów z fallusami w roli głównej, o wdzięcznym tytule ,,Parada Fiutów,,. Jestem szczęśliwa. To jest to, czego szukałam. Obraz tak popieprzony, jak popieprzone jest to wszystko, co dzieje się wokół bliźniaczek- filmy, książki, nowo odkryta pasja malarska i filuterne bereciki, które są nowym znakiem rozpoznawczym bliźniaczek-artystek.
Zapytane, czy zarobiły wystarczająco dużo, by czuć się swobodnie na emeryturze, zgodnie odpowiadają -nie, ale mamy nadzieję utrzymać się z zarobków pochodzących z publikacji książki, praw do filmu, oraz galerii odpowiadają.
Louis wręcza mi wizytówkę I obiecuje przesłać mi egzemplarz książki, po czym dodaje ,,wróć do nas, opisz nasze życie, przedstaw nas Polakom,, .Znacząco spogląda na książkę, no tak-marketing. Siostry mocno stąpają po ziemi I co jak co, ale głowę do interesów mają. Zastanawiam się przez chwilę, ilu klientów puściły z torbami, bo że puściły, to tego jestem pewna!.
Takie są właśnie, jak brzmi tytuł jednej z książek, i jak same o sobie mówią- ,,de Ouwehoeren,, w tłumaczeniu-,,stare kurwy,,…












CHI CHI – GRUBE BABY – CURACAO, KARAIBY

Mianem Chi Chi określany jest pewien specyficzny typ kobiet zamieszkujących Curacao. Dawniej, tytuł ten zarezerwowany był wyłącznie dla najstarszej w rodzinie córki, obecnie współczesna Chi Chi to postawna kobieta, o krągłych falujących kształtach, im bardziej falujące- tym lepiej:) I pupie takiej (delikatnie rzecz ujmując), że sama Kim Kardashian mogłaby popaść w kompleksy – oraz koniecznie w kolorowych wałkach we włosach. Im bardziej kolorowe – tym lepiej.


Chi Chi jako symbol wyspy rozpropagowała Serena – artystka z Niemiec, która założyła mini fabrykę gdzie chi chi są produkowane oraz malowane ręcznie. Figurki zdobią restauracje, galerie sztuki, butiki oraz sklepy z pamiątkami. Chi Chi są wszędzie.





RYBACY NA PALACH – SRI LANKA

TYCH RYBAKÓW JUŻ NIE MA.

Łowiący charakterystyczną dla Sri Lanki metodą ,, na palach,, rybacy, praktycznie już nie istnieją…a to właśnie oni, byli główną przyczyną mojej podróży na wyspę. Już obecnie, wzdłuż całej linii brzegowej Sri Lanki, rybaków spotkać można jedynie na obszarze obejmującym niecałe 30km- od Weligamy do Ahangamy.
Metoda łowienia na palach podobno pojawiła się stosunkowo niedawno – podczas drugiej wojny światowej. Na skutek ogromnego głodu jaki panował ówcześnie na Sri Lance, na wybrzeże zaczęły masowo migrować całe rodziny z głębi wyspy w nadziei na zarobek lub łatwiejszy sposób pozyskania żywności (rybołówstwo). Na przestrzeni kilkunastu miesięcy, dostęp do morza I połowu zmniejszył się drastycznie, a w zatoczkach robiło się coraz ciaśniej I ciaśniej. Kilku sprytnych rybaków, wpadło na pomysł wejścia w morze na palach-no i weszli. Na około dwumetrowych drągach drewnianych, zwanych petta. Pale nie są wbite na stałe – rybak jest w stanie przenosić pal i umieszczać go w dogodnym miejscu. Po Tsunami w 2004r.które kompletnie zniszczyło wybrzeże-zatoki przestały istnieć, a przy okrojonej linii brzegowej ryb już tak naprawdę nie ma. Dlatego nie ma też I rybaków. Większość łowi na kutrach rybackich wypływając w głąb morza na kilka dni, lub nurkuje nocą polując z dzidą na homary lub kalmary. Ta autentyczna garstka, w zatoczce przy ruinach zniszczonego przez tsunami hotelu, jest jak egzotyczna zwierzyna w klatce, jak wymierający gatunek endemiczny, bez szans na przetrwanie…Gdyby nie Laith,mój lankijski kolega, nigdy nie trafiłabym do zatoczki, gdzie łowią autentyczni rybacy niezadowoleni z widoku turystów. Drugą grupę stanowią rybacy, którzy łowią wzdłuż głównej trasy Weligama- Ahangama, ale nawet tych, jest tylko kilku, i kiedy turysta cyka zdjęcie, zza krzaków wyłania się ochroniarz-menadżer grupy, który od turysty wyciąga haracz-opłatę, darowiznę ewentualnie…Zwyczajnie tych rybaków już nie ma.




















KOBIETY Z REKLAMY CEJLOŃSKIEJ HERBATY – SRI LANKA

Dwa listki i pączek, dwa listki i pączek – i tak przez cały dzień- tłumaczy mi śmiejąc się Rashmi. No i najważniejszy jest banjis, pączek z którego nie wyrośnie gałązka, jak go nie zerwiemy, nie rozwiną się nowe liście, a z banjis, powstanie doskonała herbata.
Kiedy Sri Lanka była Cejlonem -kolonią brytyjską, syngaleskie kobiety stanowczo odmówiły pracy na plantacjach herbaty. Brytyjczycy zaczęli więc sprowadzać tam Tamilów. I tak już pozostało… Na plantacjach położonych w rejonach zamieszkanych w większości przez Syngalezów, pracują głównie Tamilki. Rashmi oraz jej koleżanki rozpoczynają pracę o siódmej rano, podstawowa pensja wynosi około 450 rupii lankijskich za dzień roboczy (w przybliżeniu 4-dolary). Przez dzień pracownica musi uzbierać od 18 do 20 kilogramów listków. Każdy kilogram więcej jest dodatkowo płatny, ale są to kwoty niewielkie. I wybaczcie,ale nie mogę powstrzymać się od użycia stwierdzenia,które wdł. mnie doskonale oddaje wartość wynagrodzenia zbieraczek-,,co kot napłakał,,.Kobiety zazwyczaj pracują około 10dni w miesiącu(czas ten może wydłużyć się nawet do 20 dni, w zależności od ilości liści do zebrania). W południe zbieraczki mają przerwę – godzinną przerwę,przeznaczają ten czas na posiłek. Ściągają z głów misternie ułożone chusty chroniące skórę głowy przed otarciami, które mógłby spowodować pas na którym zawieszane są worki. Siadają w cieniu, wyciągają prowiant, który przyniosły ze sobą z domu-najczęściej jest to ryż z curry,oraz… chipsy-hit na wzgórzach herbacianych!Po równej godzinie zbieraczki wracają do pracy. Zwinnie rwą listki herbaty obiema rękoma, a kiedy już nazbierają garść, wrzucają je do worka przyczepionego do głowy. Dawniej kobiety nosiły ciężkie, bambusowe bądź trzcinowe kosze. Od kiedy pojawiły się lekkie,sztuczne materiały,zbieraczki z entuzjazmem zamieniły bambus na syntetyk. Kiedy worki wypełniają się soczyście zielonymi listkami, mężczyźni, którzy ,,towarzyszą,,kobietom przez cały dzień pracy,występujący w charakterze kierownika-nadzorcy ważą wory na przenośnych wagach zawieszonych na drewnianych stelażach. Kobiety znoszą worki i ustawiają się w kolejce. Po zważeniu liści, mężczyźni wpisują do książeczek zbieraczek wagę zieleniny. Dzięki temu kobiety mogą udać się po wypłatę. Przypomina to mobilny skup Praca nie jest łatwa. Zbieraczki pracują bez względu na pogodę-zrywają liście zarówno w upale,jak i w deszczu.
Na pijawki, dla których krzaki herbaty są doskonałym miejscem do rozmnażania się, kobiety również znalazły remedium-smarują nogi mydłem,aby utrudnić im przyczepianie, żują też betel-azjatycką używkę ,a kiedy pijawka przyczepi się do skóry, smarują ją czerwoną śliną-związki zawarte w betelu sprawiają, że pasożyt odpada.
To, co najbardziej przykuwało moją uwagę, kiedy z nimi rozmawiałam, to ich pogoda ducha,szczere I bystre spojrzenie, uśmiech, przywiązanie i szacunek do ziemi na której pracują. Żadna z nich opowiadając o pracy nie marudziła,nie utyskiwała…A są to przecież kobiety z najniższej kasty,kobiety które wykonują pracę,która postrzegana jest jako ciężka I niegodna. Jeszcze nie tak dawno, Tamilskie pracownice plantacji były bezpaństwowcami. Dopiero w 2003r. nadano im obywatelstwo,ale wciąż kobiety mają trudności ze znalezieniem lepszej pracy,prawem do głosowania,zapisaniem dzieci do szkoły czy założeniem konta bankowego.
Kiedy Rashmi zapytała mnie, czy ja w ogóle piję herbatę,I kiedy odpowiedziałam że tak,że uwielbiam I że w Polsce pijemy dużo ,,cejlońskiej,,herbaty, oldschoolowo bezwzględnie z cytrynką, Rashmi najpierw się zdziwiła(to z pewnością ta cytrynka),a następnie uśmiechnęła się takim pięknym uśmiechem i poklepała z wyrazem uznania po ramieniu,po czym z dumą oświadczyła koleżankom,że w moim kraju pijemy ich herba. Jej prostolinijność I szczerość zwyczajnie mnie wzruszyły. I wiem,że za każdym razem kiedy będę parzyła cejlońską herbatę,Rashmi I wszystkie zbieraczki poklepią mnie po ramieniu…

























AKHA – TAJLANDIA, LAOS, BIRMA, CHINY

Spektakularne nakrycie głowy is a must!

Akha, są wyznawcami animizmu, i posługują się własnym językiem akha, należącym do tybeto-birmańskiej rodziny językowej. Wyróżniają się zachowaniem tradycyjnego stylu życia, oraz ubiorów. Kobiety słyną z bardzo spektakularnych, oraz barwnych nakryć głowy, których ozdoby odzwierciedlają kolejne etapy w życiu kobiety Akha.









THANAKHA – BIRMA

Kobiety smarują twarze jakąś dziwną, żółtą mazią-pisał Orwell opisując Birmę.
Współczesna Birma wciąż ma żółte oblicze o zapachu drzewa sandałowego.
Lade, Lade krzyczą mężczyźni( co oznacza piękna) kiedy widzą kobietę z misternie wykonanymi wzorami na twarzy…

Thanakha (tanaka) to żółta maść produkowana z gatunku drzewa thanakha rosnącego w centralnej Birmie. Thanakha najczęściej sprzedawana jest w postaci małych drewnianych klocków (wersja ekonomiczna), oraz już w przetworzonej, gotowej do użycia formie kremu, pudru lub najbardziej popularnej, sprasowanej pasty (przypominającej małe mydełka) którą przed nałożeniem na twarz łączy się z wodą.
Pastę z drewienek lub korzeni thanakhi pozyskuje się przez ścieranie materiału z dodatkiem odrobiny wody na okrągłym, przypominającym talerz kamieniu nazywanym kyauk pyin.
Thanakha stosowana jest w Birmie od ponad 2000 lat. Kremową pastę nakładają dzieci, kobiety a nawet mężczyźni. Tanakę nakłada się na twarz za pomocą małej drewnianej szczoteczki a następnie palcami udrapuje wzory. Najbardziej tradycyjnym wzorem są kółka na obu policzkach i czole, oraz wzór w formie liścia. W przypadku turystów, wszelkie wzory lepiej lub gorzej wykonane i tak będą interpretowane jako przejaw wizji twórczej. Niewprawna ręka nie jest w stanie wymalować nic więcej niż krzywe rozmazane kółka, zresztą na jasnej skórze nawet najpiękniejsze wzory wyglądają po prostu beznadziejnie.
Tanaka stosowana jest głównie jako środek przeciw promieniom słonecznym (daje przyjemne uczucie chłodu). Posiada również właściwości lecznicze, oraz dobrze nawilża skórę.
Nie można również pominąć jakże ważnego w stosowaniu tanaki wątku damsko – męskiego.
Bo tanaka, to również – a może przede wszystkim makijaż, który zresztą bardzo podoba się płci męskiej. Im więcej tanaki na twarzy kobiety tym lepiej, im bardziej wyrafinowane wzory tym piękniejszą ją widzą mężczyźni.
Jednym słowem tanaka dobra na wszystko!










LONGYI – MĘŻCZYŹNI W SUKIENKACH – BIRMA

Z longi jest podobnie jak z krawatem. Niby wiesz o co chodzi, a jednak nie do końca…

Longi to nic innego jak męska sukienka. Płachta materiału około 2 metrów długości i 80ciu centymetrów szerokości zszyta po bokach. Moda na noszenie longi wywodzi się z Bengalu ale longi noszone jest również w Indiach. Mężczyźni zawiązują je na biodrach bez… zawiązywania. Zakładając rogi materiału (nie wiążąc ich na supeł) w taki sposób, że ,,sukienka,, nie ma prawa opaść. To, w jaki sposób sukienka utrzymuje się na biodrach birmańskich mężczyzn pozostaje jedną z wielu zagadek kosmosu.
Longi uznawane jest za strój nieformalny (chociaż na ulicach miast można zauważyć pracowników biurowych ubranych w białe, eleganckie koszule oraz longi)zazwyczaj przykrywający nogi aż do kostek. Taki strój jest wygodniejszy od spodni. Nie krępuje ruchów oraz przepuszcza więcej powietrza…biorąc pod uwagę popularność jakim cieszy się longi, oraz fakt, ze mężczyźni rzadko noszą pod nim bieliznę, nie powinien dziwić fakt, że longi uznawane jest za jeden z praktyczniejszych strojów świata.







KOBIETY Z PLEMIENIA DŁUGICH USZU – TAJLANDIA

Tradycja wydłużania uszu w Azji była praktykowana już w czasach starożytnych, zarówno u mężczyzn (długie uszy symbolizowały siłę) jak i kobiet.

Obecnie, jedynie w jednym z odłamów plemienia Padaung (pogranicze Tajlandii i Birmy) właścicielki nienaturalnie długich uszu uznawane są za wyjątkowo seksowne. Plemię uważa uszy za najbardziej świętą część ciała człowieka.
Aby uzyskać perfekcyjny wygląd, uszy najpierw poddaje się nacinaniu, a następnie wyciąganiu przez specjalne kolczyki – obręcze wykonane z kłów słonia lub mosiądzu. Mężatkom przekłuwa się uszy kolczykiem o średnicy około trzech centymetrów, który z upływem lat, stopniowo wydłuża płatek małżowiny usznej. Kolczyki nigdy nie są zdejmowane. Są nie tylko ozdobą, ale również oznaką trwania w związku małżeńskim.



KOBIETY DŁUGIE SZYJE – TAJLANDIA

Zamieszkują tereny Birmy oraz północnej Tajlandii. Pochodzą z plemienia Karen, które to do swoich obecnych siedzib przybyły około X- XI w z terenów znajdujących się obecnie w dzisiejszych Chinach.
Głównym elementem tradycyjnego stroju kobiet Padaung są miedziane obręcze zawijane wokół szyi. Pierwsze obręcze zakładane są dziewczynkom około piątego roku życia, a zbiegiem lat dodawane są kolejne, mosiężne pierścienie. Waga takiego naszyjnika może dochodzić nawet do 9 kg. Nie wiadomo, skąd wziął się zwyczaj nakładania obręczy. Istnieje kilka teorii. Niektórzy twierdzą,że obręcze miały chronić przed kłami drapieżnika, inni wierzą , że pierścienie miały zapewnić małżonkowi wierność żony- w przypadku zdrady zdejmowano je z szyi, która pod ciężarem głowy miała się złamać, a jeszcze inni objaśniają, że obręcze to nic innego jak przetopione kosztowności, które w ten sposób łatwiej było przenosić z miejsca na miejsce. Jedno jest pewne. Obręcze są poważnym zagrożeniem dla zdrowia kobiet. Pod ciężarem ,,biżuterii,, zapada się obojczyk (dając wrażenie nienaturalnie długiej szyi )Dochodzi do ucisku nerwów. Kręgosłup szyjny przestaje pracować, a pozbawiony sztucznej podpory nie jest w stanie udźwignąć głowy, dochodzi wtedy do złamań,skręcenia karku.

Trudno jednak oprzeć się wrażeniu,iż zwyczaj ten – stwierdzam z całą odpowiedzialnością- obecnie nie jest formą podtrzymania tradycji, a jedynie możliwością zarobku dla kobiet żyraf…














NOWICJUSZE BUDDYJSCY – AZJA

Małe Anioły…

Małe anioły- tak nazywa Ich Phra Peter Pannnadipo – niegdyś spełniony biznesmen, obecnie mnich buddyjski, autor wielu książek, oraz publikacji o tematyce religijnej.
Małe Anioły, to jeszcze nie mnisi. To dopiero nowicjusze. Bardzo często chłopcy z biednych, patologicznych rodzin. Zakon staje się dla nich pomysłem na życie. Sposobem na lepszy, spokojniejszy byt, lub na zdobycie podstaw elementarnej wiedzy, jak pisanie i czytanie. Dzieci bite, wykorzystywane do ciężkich prac polowych, nierzadko uzależnione od twardych narkotyków, przywdziewają mnisie szaty, które są synonimem spokojniejszego życia. Pełne ciepła, optymizmu dzieciaki, nastoletni chłopcy popalający skręty, uwięzieni w szafranowych szatach…
Życie Nowicjusza nie jest łatwe. Nie jest łatwe, kiedy nie wiesz, kim jesteś i kim chcesz być. Drogi są dwie.
Nowicjusz, bez żadnych konsekwencji może zrzucić szaty, i zwyczajnie odejść z zakonu, lub po ukończeniu dwudziestego roku życia przyjąć święcenia i zostać mnichem buddyjskim, tzw. Bhikku. W Tajlandii, oraz w pozostałych krajach Azjatyckich, w których wyznawany jest buddyzm, tradycją jest, że mężczyzna, bądź nastoletni chłopak po osiągnięciu pełnoletności wstępuje do zakonu, gdzie przez pewien czas (od kilku dni, nawet do kilku lat) prowadzi życie w ascezie, oddając w ten sposób hołd rodzicom, oraz Buddzie.
Najczęstszą przyczyną wstąpień do zakonu, jest zwyczajnie bieda-brak alternatywy. Zakon pełni funkcję sierocińca, gdzie trafiają już nawet zaledwie kilkuletnie dzieci, których rodzin nie stać na ich utrzymanie (przeważnie chłopcy, istnieją również zakony żeńskie, ale nie są one tak liczne jak męskie). Najpierw goli im się głowy, następnie brwi (golenie brwi praktykowane jest w Laosie) zabiera prywatne ubrania i wręcza zwój kolorowego materiału. Ułożenie materiału, nazywanego Kesa, wymaga nie lada siły, precyzji, oraz cierpliwości. Kesa, ma kształt dużego prostokąta, którym buddyjscy mnisi, oraz nowicjusze owijają swoje ciała. Kolor szat różni się zależnie od nurtu buddyzmu.

W Therawadzie szaty mają kolor żółty ( Indie, Tajlandia), kolor czarny noszą mnisi japońscy, w Chinach zwykli mnisi noszą szaty szare, stojący wyżej w hierarchii- brązowe, w Japonii kolor szat jest czarny, w Tybecie bordowy, w Laosie różowy, a kolor biały przeznaczony jest dla mniszek. Następnie nowicjuszy uczy się dziesięciu przykazań w języku Pali, której mają pomagać w unikaniu negatywnej karmy. Każdy z nowicjuszy, ma określone zadanie, każdy z nich rozpoczyna dzień o 4.30 rano, i zjada jeden posiłek dziennie, a przynajmniej powinien… Nowicjusze często łamią i naginają reguły. Przegryzają w ukryciu zielone mango z solą, pestki dyni, chipsy, które dostaną od turystów… Oczywiście, kiedy opat, albo jakiś starszy rangą mnich nie patrzy.
Przed świtem, mnisi wraz z nowicjuszami wyruszają na tzw. żebry- morning almes. Ostatni w szyku idą ci, którzy zwyczajnie czymś podpadli, lub coś zmajstrowali. Przewinienia są różne- począwszy od masturbacji, palenia papierosów, wąchania kleju, na podjadaniu kończąc. Podczas żebrów, lokalna społeczność w zamian za błogosławieństwo obdarza ich żywnością, rzadziej przetworzonymi produktami spożywczymi, najczęściej jest to ryż, jakieś warzywa, niekiedy słodycze. Mnisi utrzymują się jedynie z jałmużny, i jedzą tylko to, co zostanie im podarowane przez wiernych. Z otrzymanych produktów przyrządzany jest jedyny posiłek w ciągu dnia! – Obfity obiad, który wydawany jest około południa.

Mieszkają w salach mieszczących od kilku do kilkunastu osób, bez zbędnych wygód. Mebli, łóżek (mnichom wolno jedynie spać na materacach), a jedyną ozdobą pomieszczenia jest przyklejony gdzieś na ścianie plakat hello kitty lub… Beyonce!



Z niechęcią wstają tak wcześnie rano, nie spuszczają skromnie oczu, wygłupiają się odmawiając monotonne mantry, a wieczorami zasiadają na ukrytej ławeczce, gdzie namiętnie palą papierosy. Bolesną, chałupniczą metodą tatuują swoje ciało-, bo tak jest modnie, wymykają się ukradkiem by wykąpać się w rzece, bądź też zagrać w zabronioną piłkę nożną.








Są frywolni, słuchają Lady Gagi, i Riihanny, biegają po lesie z plastikowym pistoletem, dzielnie znosząc rozłąkę. Nie widząc swoich bliskich, nawet przez kilka miesięcy, bo nie stać ich na bilet autobusowy. Dzieci, którym tak wiele nie wolno. Zarówno mnisi jak i nowicjusze, muszą przestrzegać zasady nietykalności. Nie wolno ich dotykać, a zwyczajny uścisk byłby oznaką nieposzanowania zasad.
Uczą się bardzo trudnego, wymarłego języka Pali, w którym odmawiane są mantry, zazwyczaj po dwie godziny, dwa razy dziennie. Zamknięci w cuchnącej, ciasnej sali, tylko trochę przypominającej klasę szkolną, używając ołówków, bo nie stać ich na długopis, bez podręczników, pobierają nauki podstawowych przedmiotów z zakresu wiedzy szkoły średniej.








To nie są wycięte z rzeczywistości, wiecznie pogrążone w zadumie, stonowane postaci. To są zwyczajne dzieciaki. Rozbrykane, niepokorne, ale również dobre, i ufne. Dzieciaki, dla których zakon buddyjski, z jego rygorystycznymi zasadami, to wciąż miejsce pełne życzliwości, ucieczka od zła życia codziennego.


















Takich właśnie poznałyśmy gdzieś, na północy Tajlandii.

Lady Boy- piętnastoletni nowicjusz, nierozstający się ze swoim wachlarzem. Z nonszalanckim uśmiechem, wyglądającym na prototyp komórkowego telefonu nokia w ręku, zapytany o to, czy kiedyś miał dziewczynę, odpowiada „ciągle mam, właśnie jest na linii”, po czym nonszalancko puszcza oko.

Prześliczny Tawan- komunikatywny chłopak, którego uroda niweluje ewidentne braki w wykształceniu.

Gangsta nowicjusz z Nepalu- zawsze chadzający w obstawie dwóch młodszych kolegów (jednemu z nich, pozując do zdjęcia, przybierając luzackie pozy i manewrując papierosem tak, by nie był widoczny, przez przypadek wypalił kilka dziur w szacie), miłośnik Rihanny.

Infamus- narkoman, chłopak o najpiękniejszych oczach, najszczerszym uśmiechu, bliznach szpecących twarz i bardzo smutnej przeszłości.

Trzech muszkieterów i D, Antargnan – trzech urwisów ze starszakiem na czele. Zawsze spóźnionych, zawsze roześmianych i skorych do wygłupów.

Chwawlit- osiemnastolatek, wiecznie przyczajony za balustrada, murkiem, przystojny samotnik.

Do niedawna dzieciaki, dzisiaj nowicjusze, a jutro wyświęceni mnisi buddyjscy, z ich zwyczajną ludzką twarzą, ludzkimi słabościami. Na zawsze uwięzieni w szafranowych szatach, podążając śladami Buddy, nie z wyboru, a jedynie z jego braku…


PLEMIĘ PA-O – BIRMA, TAJLANDIA

czarne Karen…

Plemię podobno wywodzi się z Tybetu, i jest lingwistycznie powiązane z plemieniem Karen.
Pa- O zamieszkują północne regiony Tajlandii, a w Birmie stanowią drugą, co do wielkości grupę etniczną w stanie Shan. Pa- O są wyznawcami buddyzmu, chociaż ich język pisany został wymyślony przez chrześcijańskich misjonarzy! Zajmują się głównie pracą na roli, uprawiając liście musztardy.
Zarówno kobiety, jak i mężczyźni noszą czarny, niemal ascetyczny strój. Kobiety noszą długie, luźne bluzy z długim rękawem oraz pasujące spodnie, lub longyi.
Mężczyźni noszą luźne spodnie na styl chiński, oraz rozpinane kurtki- kaftany. Jedynym kolorowym elementem tradycyjnego stroju Pa-O są jaskrawe, najczęściej kraciaste chusty zawijane na głowie, oraz płócienne torby noszone przez ramię, zazwyczaj kupowane na targu.
No more handicraft…






PLEMIĘ PALAUNG – BIRMA, TAJLANDIA, CHINY

z ręcznikiem na głowie…

Plemię Palaung jest mniejszością etniczną wywodząca się z Południowo – Wschodniej Azji. Składający się z kilku dialektów język, pochodzi od języka Mon, a główną religią jest buddyzm. Plemię Palaung pojawiło się w Birmie, w regionie Shan na początku XII w. i do tej pory zamieszkuje głównie północną część stanu.
Zamężne kobiety noszą na głowach turbany zawoje, z misternie splecionych kolorowych sznurków, aksamitne żakiety (najczęściej zielone, niebieskie lub fioletowe), kolorowe spięte agrafkami kaftany, oraz ręcznie tkane spódnice- longyi. Dodatkowym ozdobnikiem są noszone w pasie obręcze z barwionego bambusa.
Mężczyźni, bardziej na luzie, i mniej przywiązani do tradycji, na głowie najczęściej noszą zwinięty w turban… ręcznik.
Zarówno mężczyźni, jak i kobiety, z upodobaniem oddają się swoim dwóm głównym namiętnościom- celebrowaniu picia świeżo zaparzonych liści zielonej herbaty, (której uprawa jest ich głównym źródłem utrzymania) oraz paleniu cygaretek birmańskich.















RYBACY, INLE LAKE – BIRMA

z napędem na dwie nogi…

To właśnie oni są największą atrakcją jeziora Inle.
To jedyne miejsce na świecie, gdzie rybacy do wiosłowania używają nóg!
Stojąc na rufach bardzo długich i wąskich łodzi, oplatają jedną nogą wiosło, które służy im jednocześnie za napęd i ster.
Również metoda połowów nie jest standardowa. Do łowienia używane są stożkowate rusztowania z bambusa, z rozpiętą na nich siecią, do których rybacy napędzają ryby tłukąc kijem o taflę wody.




SADHU – INDIE, NEPAL

wędrowni asceci na haju…

Sadhu (potocznie zwani baba) to hinduscy wędrowni asceci, święci mężowie żyjący na terenach Indii oraz Nepalu. Sadhu żyją ściśle według zasad religii hinduistycznej, a swoim życiem dążą do osiągnięcia wyzwolenia. Wśród ascetów, wyróżnić można dwie grupy. Shaiva Sadhus- naśladowców Boga Shivy, oraz Vaishnava Sadhus podążających śladami bóstwa Vishnu. Ortodoksyjni Sadhu są nadzy, ich ciała pokryte są popiołem ze świętego ognia, który symbolizuje śmierć oraz odrodzenie, długie włosy splecione są w dredy zwane jata, a ich mętne spojrzenie potrafi hipnotyzować. Popularnym rytuałem wśród Sadhu, jest… palenie marihuany! (charrus), oczywiście w formie eucharystii. W ten sposób Sadhu czczą Boga Sivę, który z kolei czcił liście rośliny… Nie od dziś wiadomo, że tzw. „zioło” wyostrza zmysły, a do osiągnięcia stanu nirwany jest wręcz niezbędne!.
Sadhu wyrzekają się doczesnych dóbr, wygód, żyją w kompletnej ascezie. Uznawani są za zmarłych, zarówno dla społeczności, jak i dla nich samych. Zgodnie z rytuałem, przyszły asceta uczestniczy w swoim własnym pogrzebie…taki wybór drogi życiowej, jest czymś zupełnie naturalnym i zrozumiałym dla milionów hindusów, ponieważ wierzą oni, że w ten sposób wypełniana jest właśnie czwarta faza życia, zaraz po naukach, spłodzeniu potomstwa, oraz zostaniu pielgrzymem.
Istnieją również żeńskie Sadhu, które nazywane są… Sadhvi. Wierzy się, że są one reinkarnacją bogiń i oddawana jest im podobna cześć.
Sadhu żyją wszędzie. W samotności, bądź grupach, których liderem jest zawsze guru. Żyją w świątyniach, w centrach miast, w wioskach, jaskiniach górskich, a nawet na cmentarzach – inni odbywają nieustanną pielgrzymkę. Po obowiązkowej, porannej rytualnej kąpieli (w górskim potoku bądź rzece), Sadhu zbierają się wokół świętego ognia, gdzie zaczynają trwające nawet cały dzień modlitwy, medytacje, bądź jak twierdzą niektórzy – libacje narkotykowe. Tylko nieliczni praktykują ekstremalne formy osiągnięcia nirwany, takie jak n.p. stanie na jednej nodze, bądź zaprzysiężenie milczenia- nawet przez kilka lat. Większość praktykuje modlitwę, hatha jogę, oraz post. Sadhu utrzymują się z datków wiernych, przepowiadania przyszłości, oraz coraz częściej z turystów (pozują do zdjęć jedynie za opłatą! i bynajmniej nie „co łaska”).
Sadhu obdarzani są respektem przede wszystkim na wsiach, gdzie wciąż odgrywają kluczową rolę w przywiązanej do tradycji wiejskiej społeczności. Udzielają błogosławieństwa lub interweniują w przypadku konfliktów rodzinnych. Jednak wśród społeczności miejskiej oraz bardziej wyedukowanej młodzieży, Sadhu coraz częściej postrzegani są, jako naćpani degeneraci, żebracy i oszuści…





KOBIETY O DEMONICZNYM UŚMIECHU – AZJA

Czarne jest piękne!

Barwienie zębów na czarno to rytuał, który jest dowodem, że dziewczyna jest już dorosła i może wyjść za mąż. Lakier, który aplikowany jest na zęby pozyskiwany jest z wydzieliny pluskwiaka podobnego do mszycy, który wysysa sok z pod kory drzew. Tak pozyskany barwnik rozcieńcza się z alkoholem bądź sokiem z cytryny a w fazie końcowej nakłada na wszystkie zęby. Aby uzyskać pożądany efekt, emalia nakładana jest na zęby trzykrotnie. Cały proces zajmuje około siedmiu dni, w trakcie, których kobieta przyjmuje jedynie płynny pokarm- przez słomkę.
W Japonii zwyczaj lakierowania zębów nosił nazwę ohagura i sięgał początków III w.n.e. Lakierowanie zębów miało nie tylko „służyć” urodzie, ale również chroniło przed próchnicą oraz zapobiegało wzięciu dziewczyny za złego ducha. Wierzono, bowiem, że białe zęby mają tylko barbarzyńcy zwierzęta i demony!
Obecnie demoniczny uśmiech, niegdyś cieszący się ogromna popularnością w całej Azji (w 1938 badania wykazały, że 80% kobiet zamieszkujących wietnamskie wsie lakierowało zęby) obecnie widuje się jedynie u starych kobiet zamieszkujących północną Tajlandię, Laos oraz Wietnam.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *