Najdziwniejsze

    „…czyli miejsca, których nie możesz ominąć”.

TARG RYBNY – KATANIA, SYCYLIA
SZPITAL LALEK – RZYM
CZERWONA DZIELNICA – AMSTERDAM
KAWIARENKA SERWUJĄCA LODY Z KONOPII – AMSTERDAM
PAMMUKALE, „SNIEŻNE TARASY” – TURCJA
DOLINA MIŁOŚCI, KAPADOCJA – TURCJA
TARG CZAROWNIC W LA PAZ…
PING PONG SHOW, TURYSTYKA SEKSUALNA – TAJLANDIA
MUŁ DOBRY NA WSZYSTKO! – WIETNAM
HOLIŁÓDZKA GWIAZDA! – INDIE
WAGON KOLEJOWY – INDIE
KOMPLEKS ŚWIĄTYNNY – KATMANDU, NEPAL



TARG RYBNY – KATANIA, SYCYLIA

Sztuka o morzu…

Wrzawa, nawoływania rybaków, przekrzykiwania przemieniające się w burzliwe negocjacje i na odwrót, struga krwi spływająca po sfatygowanej maczecie, wszechobecne rybie wnętrzności, trotuar usłany równie śliskimi jak obrzydliwymi, poskręcanymi w niemalże fantazyjne wzory jelitami, fetor, i… królewskie owoce morza, ryby wszelakich rozmiarów, kolorów i kształtów, wspaniałe okazy tuńczyków, mieczników, i stworzeń morskich – to słynny targ rybny w Katanii- miejsce niewątpliwie zarówno piękne, jak i makabryczne.
Każdego ranka, rozładowywane są skrzynie pełne świeżych ryb, które natychmiast przetransportowywane są na ogromne lady wyłożone lodem. Ryby pochodzą zarówno z największego portu w południowej Sycylii – Mazara del Vallo, jak i pomniejszych, takich jak n.p. Sciacca- który słynie z anchovis, bądź Favignana, rozsławionego z ogromnych mieczników.
Specyficzny zapach, głosy pełne podniecenia, pokrzykiwania rybaków prezentujących swój towar, tworzą coś więcej, niż zwykły targ. To miejsce, bardziej przypomina teatr, a rybacy, niczym aktorzy, grają w sztuce, która wystawiana jest niezmiennie każdego ranka od początku XIX wieku!
I tak naprawdę, dopiero tutaj zrozumiałam, jak ważną rolę, w życiu każdego Sycylijczyka odgrywa morze…




























SZPITAL LALEK – RZYM

Lalki fascynowały mnie od zawsze. Nie jakieś tam pretensjonalne barbie laleczki, ale lalki- piękne, porcelanowe dzieła sztuki. Duże oczy, smutne twarze, burza loków hipnotyzowały małą dziewczynkę, którą kiedyś byłam. Z każdej podróży zwożę ręcznie robione szmaciane kukły, porzucone z teatrów marionetki, a każda z nich przypomina mi o osobie która tę lalkę zrobiła, albo która mi lalkę tę podarowała. Takie dusze w nich zaklęte. Kiedy więc usłyszałam o Federico,i jego ,,klinice lalek,, w Rzymie-zwyczajnie nie mogłam do niej nie zajrzeć…
Gwarny Piazza del Popolo. Cicha, wąska uliczka odbiegająca od centralnego placu i niepozorna pracownia. Drewniana, mocno nadwyrężona witryna wypełniona dziesiątkami o spłowiałych włosach głów lalek- widok niecodzienny – dziwny, makabryczny.



Wchodzę do środka. Mieszanina zapachu kleju, farb i ta specyficzna woń nierozerwalnie związana z tajemniczymi drewnianymi strychami, starymi antykwariatami, przyprawia o mdłości. Lalki, wszędzie lalki. Dziwne, upiorne ,upchane wszędzie tam, gdzie można je było upchnąć- straszą. Wystające z ułożonych w stos kadłubów rączki, główki przypominają do złudzenia bezwładne ludzkie ciałka…Stoję tak nieruchomo, w osłupieniu. Dopiero po chwili dostrzegam Federica, i jego pochyloną nad lalką matkę. Federico zajęty do tej pory starym zegarem z kukułką, zupełnie nie zwraca na mnie uwagi. Po jakimś czasie odkłada pędzel. Rozmawiamy. Dlaczego zajmujesz się tym zegarem? Pytam. Byłam przekonana, że to tylko i wyłącznie miejsce lalek…Nie, odpowiada Federico. Mój ojciec pracował u znanego rzymskiego antykwariusza, zresztą na długo przed tym jak założył ,,klinikę,, .Kochał sztukę i miał duszę artysty, to on nauczył mnie zawodu. Doprowadziłem do porządku wiele cennych i wyjątkowych dzieł sztuki-pracowałem nad pełną rekonstrukcją figurki prekolumbijskiej, rzeźbami wielkich impresjonistów, itd. O zobacz, mam tutaj nawet egzemplarz polskiej gazety z artykułem o klinice, zobacz. Ze sterty przeróżnych czasopism z przeróżnych krajów Federico wyciąga ,,Wysoki Obcasy, z 2003!r. i wskazuje na dwustronicowy artykuł:).A lalki? Co z lalkami dopytuję. Mój pradziadek- Antoni Petito był wielkim aktorem dramatycznym teatru neapolitańskiego. Uwielbiał teatr lalkowy, to właśnie pod jego wpływem mój ojciec założył warsztat konserwacji sztuki zdobniczej i przedmiotów artystycznych. A lalki? Lalki zawsze orbitowały gdzieś w pobliżu…Wskazuję na starą, piękną marionetkę z Indonezji, rozpoznaję lalki przed i powojenne -Federic kiwa z aprobatą głową. Trochę o lalkach wiesz, mówi. Wiem, po prostu je lubię, odpowiadam.










Federic skinieniem głowy daje mi znać, bym poszła za nim. No to idę…Schodzimy wąskimi, krętymi schodami prowadzącymi do piwnicy. Bezwładnie zwisające drewniane korpusy, porozrzucane głowy, porcelanowe kończyny, a w tle dobiegająca z góry muzyka klasyczna…przypomina mi to po trosze scenę z filmu grozy, kiedy ofiara wchodzi do wypełnionej zwłokami kryjówki szaleńca… Federic chwyta(nie, nie nóż;) jakieś pudełko, i demonstruje …przeszło dwustuletnie wykonane ze szkła oczy o niebieskich źrenicach i rzęsach z końskiego włosa-,,części ,, śmieje się. No właśnie, czy sprzedajesz odrestaurowane lalki?-pytam. Nie. Nigdy żadnej nie sprzedałem, i nie zamierzam. Odpowiada. Wierzę, że lalki które zostały do nas przyniesione przeważnie przez rzymskich prominentów i arystokrację, bo tylko tych stać było kiedyś na wejście w posiadanie prawdziwej porcelanowej lalki, są w jakiś sposób powiązane ze swoimi właścicielami. Lalki te były częścią rodziny i przebywały w nich kilkanaście a nawet kilkadziesiąt lat, zresztą, niektóre nawet dłużej! Dlatego też, jeżeli nie zostaną odebrane przez prawowitego właściciela, lub jak już niejednokrotnie bywało-przez potomków, to zostaną tu z nami już do końca świata.




I właśnie kiedy Federico odkładał jedną z najstarszych lalek z góry dał się słyszeć lekko poirytowany głos matki ,,Federico, Federico,, …Na górze czeka na Federico kolejny burżuazyjny klient z antyczną wazą wymagającą niezwłocznej renowacji. Podziękowałam Federico za poświęcony mi czas, za to upiorne i zarazem piękne miejsce i za pasję, za pasję przede wszystkim…


CZERWONA DZIELNICA – AMSTERDAM

Za szklanymi drzwiami…


Najbardziej znana dzielnica miasta portowego- Amsterdamu. A wiadomym jest, że gdzie zbiornik wodny, tam i statek zazwyczaj. Gdzie statek, tam i marynarz, a gdzie marynarz…tam i prostytutka właśnie.
Holendrzy wychodzą z założenia, że najstarszy zawód świata nie powinien być spychany w nielegalność, bo i tak nie zniknie z życia społecznego. Teza prosta i klarowna. Dlatego też, już od 1815 roku prostytucja jest legalna w Niderlandach. Określane jako ‘sex workers’ – pracownice mają swoje związki zawodowe, poddawane są badaniom lekarskim i otrzymują instruktaż na temat zasad higieny, a od 1996 roku płacą podatki. W ostatnich latach są pośród nich też Polki…a zza witryn, daje się słyszeć nasz dźwięczny język…Według przepisów prawnych, dziewczyny nie mogą zatrzymywać klientów na ulicy, natomiast wolno im pojawiać się w witrynach okien domów.
To tutaj właśnie, znudzone, w skąpej bieliźnie wyginają się w namiętnych pozach. Za szybami, przypominającymi ogromne witryny sklepowe(bo dziewczyny oczywiście są na sprzedaż-już po promocyjnej cenie, za jedyne 50 euro bez czułości, czyli,, no kissing,, )można obserwować do woli znudzone dziewczyny, zajęte przeważnie rozmową telefoniczną, ewentualnie pisaniem SMS-ów. Tak spędzają czas w oczekiwaniu na klienta te ładniejsze, zgrabniejsze, z ładniej ułożoną fryzurą i zadbanym ciałem(a dokładniej dwie, może trzy).Reszta pań pracujących-zblazowana, zaniedbana, z krzykliwym makijażem, i w naprawdę taniej, ordynarnej bieliźnie, w akcie desperacji omiata przechodniów błędnym spojrzeniem, szczerzy zęby, oblizuje wargi, puka w szybę, łapie się za zazwyczaj przesadnie obfity biust, i…nic. Nie dzieje się nic. Siedziałam tak na chodniku, obserwowałam te biedne, brzydkie dziewczyny z zaawansowanym cellulitem, a one czasem uśmiechały się do mnie, czasem puszczały oko, i momentami był to bardzo smutny uśmiech, bo częściej był on wulgarny, wyuczony, sztuczny, przeraźliwy. Bardzo rzadko ktoś dawał się skusić-ktoś, kto zapukał do szklanych drzwi, ktoś za kim po chwili dziewczyna, która miała,, szczęście,,, mogła opuścić bordową kotarę. Turyści zazwyczaj obserwują, ci którzy dodali sobie animuszu wszechobecnymi używkami, od czasu do czasu zapukają w szybę, ale odnoszę wrażenie, że najczęściej odwiedzają dziewczyny stali klienci, w środku dnia, bez skrepowania witają się z dziewczyną w progu, jak z jakąś dobrą znajomą, po czym kotara zostaje spuszczona. Przedział wiekowy,, dziewczyn,, jest niezmiernie szeroki. Widziałam dziewczyny bardzo młode, oraz bardzo…dziewczyny w podeszłym wieku .Umówmy się, że słowo dziewczyny, traktować będę w cudzysłowie .Na siwe, zmierzwione włosy, nieatrakcyjne ciało i brak kilku zębów przednich, też najwidoczniej znajdzie się amator.
Zdjęcia. Obowiązuje całkowity zakaz fotografowania. Jeżeli ktoś jednak zdjęcie zrobi, to natychmiast wywiązuje się zazwyczaj straszliwa afera. Policja, mandaty itp. ale tak naprawdę, to właśnie dziewczyn należy bać się najbardziej. Te(o ironio)!pomimo wystawania w witrynach, zawzięcie bronią swojej prywatności. Słyszałam o przypadkach, kiedy wkurzone dziewczyny potrafiły wyrwać fotografowi aparat, biec w sztafecie, puentując wyrzucić trofeum do kanału, a następnie nawet nieźle przyłożyć ofierze. Kiedy tym razem to ja, wyginając się w nienaturalnych pokazach, udając że właśnie wybieram numer, i zupełnie nie zwracając uwagi na fakt, że przykładam komórkę nie do ucha, jak to zazwyczaj przy rozmowach bywa, a trzymając sprzęt w znacznej od ucha odległości, usiłując oczywiście zrobić zdjęcie, nagle usłyszałam jakiś przeraźliwy wrzask. Wystraszona zerknęłam z nad telefonu w stronę witryny. Dziewczyny z pasją tłukły w szybę, jedna zamaszystym, teatralnym ruchem zasunęła kotarę, kiedy inna w ataku furii…no właśnie, i wtedy właśnie zaczęłam się bać…otworzyła drzwi, wyskoczyła(dosłownie) na zewnątrz i wykrzyczała w moim kierunku- naprawdę delikatnie rzecz ujmując-żebym spieprzała bo mi buźkę obiją! Po chwili, poczułam na swoim ramieniu czyjąś dłoń. Ten ktoś odciągał mnie od witryny, obejrzałam się za siebie, i ujrzałam czarnoskórego, i jak to zazwyczaj w przypadku czarnoskórych bywa-wysokiego i dobrze zbudowanego mężczyznę. Nabrałam odwagi, i odpowiedziałam dziewczynie, że jak jej nie odpowiada to, co robię, to niech spuści kotarę. No i dziewczyna wystąpiła o krok naprzód. A mnie nie pozostało już nic innego, jak tylko faktycznie spieprzać…w walce wręcz, jestem beznadziejna.
Spacerując uliczkami czerwonej dzielnicy, nie można oprzeć się wrażeniu, jakoby powoli dystrykt prostytucji zamieniał się w kolorowy lunapark .A prostytucja ma tutaj jakieś delikatniejsze, bardziej przyjazne oblicze. Chyba tylko tutaj przed jednym z kościołów stać może piękny pomnik z brązu-pomnik prostytutki, a z burdelem graniczyć może przedszkole…w jednym oknie półnaga kobieta prezentuje swoje wdzięki, a sąsiednie oklejone jest kolorowymi wycinankami.
Odniosłam wrażenie, że dziewczyny zza szklanej tafli są integralną częścią miasta -puzzlem, który jest częścią układanki, jaką jest właśnie Amsterdam.
134-130
Muzea, kluby nocne, sklepy z pamiątkami, galerie, sexshopy. przyćmiewają tragiczną sytuację dziewczyn, alfons który stoi przed każdą witryną nie wydaje się być już tak straszną postacią, bordowa kotara nie przykrywa beznadziei, braku perspektyw, smutnego życia-odkrywa fajne dziewczyny niczym zwierzęta zamknięte w klatce wystawione na widok roześmianych turystów…
Muzeum prostytucji, znajdujące się pomiędzy domem schadzek, a muzeum seksu, pokazuje jak wyglądają wnętrza za czerwoną kotarą-taki backstage prostytucji…muzeum seksu, to zbiór eksponatów o tematyce pornograficznej z niemalże całego świata. Znajdują się tam również szkice Picasso, wyświetlana jest dobranocka dla dorosłych z królewną śnieżką w roli głównej, jakiej przeciętne dziecko nie zna:)można obejrzeć fotografie pornograficzne z wydaniu retro…taka sobie atrakcja. Bo tak naprawdę, czerwona ulica jest prawdziwa bez kolorowych neonów, tłumów turystów I tandetnych sklepików. Ona żyje w ciągu dnia, kiedy w południe, do szklanych drzwi, puka sędziwy mieszkaniec Amsterdamu…wszystko to, co dzieje się później to tylko lunapark…





KAWIARENKA SERWUJĄCA LODY Z KONOPII – AMSTERDAM

Ustawa o opium z 1919 roku…i można szaleć:)
Marihuana i haszysz do Holandii wkroczyły z przytupem w latach 60tych.Pochodzą z tej samej rośliny o nazwie konopie siewne (Cannabis sativa) lub konopie indyjskie (Cannabis indica). Produkty konopi są w Holandii określane mianem soft drugs (miękkie narkotyki) i występują pod nazwami: wiet, hasj (czytaj: hasz), skuff i spacecake. Większość tych używek pochodzi z konopi hodowanych w Holandii, nazywanej nederwiet.
W 1976 dokonano podziału narkotyków na dwie grupy; o nieakceptowanym ryzyku (lista I z m.in. heroiną, kokainą) i o akceptowalnym ryzyku (lista II, na której znajdują się tylko konopie). Władze zaczęły tolerować ten drugi rodzaj używek jako tzw. „mniejsze zło”.
Od roku 1976 przestano traktować zażywanie produktów z drugiej listy jako przestępstwo. Z czasem jednak, pod naciskiem innych krajów, normy te zostały zaostrzone i od lat 90. prawo holenderskie toleruje posiadanie tylko 5 gramów haszyszu lub marihuany. W Holandii uważa się, że miękkie narkotyki są używką, która nie powoduje uzależnienia, w przeciwieństwie do twardych narkotyków (hard drugs), jedynie przy częstym i regularnym ich używaniu może wystąpić pewne psychiczne uzależnienie. Przy wysokim dozowaniu mogą wystąpić także napady strachu, paniki i czasami utraty przytomności.
W tzw. coffeeshopie na terenie całej Holandii można kupić miękkie narkotyki w różnych postaciach i jakości (pod nazwami takimi jak: skunk, thai, zero zero, sensimilla, purple haze, northern light i afghan wings) w maksymalnej ilości 5 gramów. Coffeeshopy (nie mylić z kawiarenkami) muszą spełniać wiele warunków, zanim otrzymają zezwolenie władz na sprzedaż miękkich narkotyków. Zabronione jest palenie na ulicy (nikt się raczej tym zakazem nie przejmuje) reklama i sprzedaż narkotyków młodzieży poniżej 18 lat.
Wszechobecne są produkty spożywcze na bazie konopi (czekolady, lizaki, napoje energetyczne, ciasteczka, a… nawet lody. Urzeczona ogromnym plakatem reklamującym sklepik jako pierwszy w świecie sprzedający lody z konopi postanowiłam zajrzeć do środka, spróbować – lody okazały się być przepyszne!!! o bardzo intensywnym smaku:)-polecam!).
W przeciwieństwie do słynnych grzybków halucynogennych, które zostały wycofane z obiegu, po tym jak turyści masowo topili się w kanałach przecinających miasto- lody nie licząc kalorii są nieszkodliwe:).




PAMMUKALE, „SNIEŻNE TARASY” – TURCJA

Pamukkale to osada położona na linii pęknięcia skorupy ziemskiej. Słynie z wapiennych osadów powstałych na zboczu góry Cökelez. Wypływająca z gorących źródeł woda, bogata w związki wapnia i dwutlenek węgla, ochładzając się na powierzchni, wytrąca węglan wapnia, którego osady układają się w nacieki i stalaktyty. Na zboczu góry, wykorzystując nierówności terenu, powstają progi, półkoliste i eliptyczne baseny wody termalnej, ukształtowane w formie tarasów.
Teren objęło swoim patronatem UNESCO, wpisując go na listę światowego dziedzictwa przyrodniczego.
Na szczyt góry, prowadzi ścieżka wydrążona w płytkim strumyku. Można tę trasę przebyć jedynie boso (by nie uszkodzić podłoża). Widok jest oszałamiający-biel, która aż razi w oczy(okulary przeciwsłoneczne są niezbędne), oraz błękit nieba- niesamowite miejsce!

















DOLINA MIŁOŚCI, KAPADOCJA – TURCJA

W Kapadocji – historycznej krainie w tureckiej Anatolii, znanej przede wszystkim z charakterystycznych form tufowych tworzących księżycowy krajobraz, oraz z domów i kościołów wykutych w tufowych skałach znajduje się niesamowita dolina, nazywana doliną miłości:)…
Dolina, gdzie formacje skalne (uformowane jedynie przez czynniki zewnętrzne takie jak wiatr i deszcz) przybrały formę ogromnych… fallusów!!! Widok- doprawdy surrealny:)











TARG CZAROWNIC W LA PAZ…

Specyficzny targ w centrum Limy, gdzie oprócz standardowych pamiątek zafundować sobie można różnego rodzaju zioła, talizmany, biżuterię z kości krokodyla oraz… mumie płodów lam i zasuszone, zagrożone wyginięciem gatunki ropuch.
Targ Czarownic – Mercado de Hechiceria; Mercado de las Brujas, Lima





PING PONG SHOW, TURYSTYKA SEKSUALNA – TAJLANDIA

Ping Pong show, jak sama nazwa wskazuje to przedstawienie podczas którego kobiety… za pomocą mięśni miednicy wyciągają, przytrzymują albo nawet przetrzymują różne przedmioty w waginie. Mogą to być papierosy, świeczki, gwizdki, pałeczki, długopisy no i oczywiście piłeczki pingpongowe. Coś co koniecznie trzeba zobaczyć, co jest niezmiernie popularne w Tajlandii, a czego motorem napędowym są turyści.Aby zobaczyć show, wystarczy jedynie wyjść wieczorem na ulicę Khao Son Road w Bangkoku, by podszedł do ciebie roześmiany Taj i konspiracyjnie wyszeptał ping pong show, ping pong show. Ceny wahają się od 500 do 700 batów od osoby. My utargowaliśmy na 350, co było zresztą nie lada wyczynem, gdyż zazwyczaj naganiacze nie spuszczają z ceny, a już z pewnoscią nie aż tak. Z prędkością błyskawicy zostaliśmy zapakowani do tuk tuka, dość specyficznego zresztą. Oszołomiła nas feria kolorów i dżwięków, z megafonu leciały taneczne przeboje a pojazd upstrzony był fluoroscencyjnymi światełkami, taka mini dyskoteka na kółkach. Po 10 minutach szalenie szybkiej (jak na tuktuka możliwości) i nieprzpisowej jazdy zatrzymaliśmy się w dość podejrzanej okolicy. Następnie oczom naszym ukazał się tłum turystów różnorakiej płci. Wewnątrz conajmniej dziwnie. Małe, gwarne pomieszczenie, z przechadzającymi się wolnym krokiem i bacznie obserwującymi, ubranymi na czarno Tajami, małą scenką pośrodku i wystraszoną publicznością. Dostajemy po drinku (wliczonym w cenę biletu), odważniejsze po kilku łykach zasiadamy w pierwszym rzędzie tuż pod sceną, kiedy rozlegają sie . takty melodii, a na scenie pojawia się pierwsza, no własnie jak je nazwać, artystka?Kompletny zakaz fotografownia. Znudzona, już dobrze po pięćdziesiątce kobieta demonstruje pisanie listu trzymając długopis w waginie…napisała, nawet po angielsku – welcome to Thailand. Pomyślałam, że mogła by tak wypisać dla mnie kilka kartek dla znajomych, ale potem jakoś zrezygnowałam z tego pomysłu. Następna pani zaprezentowała wystrzeliwanie piłeczek pingpongowych (z waginy oczywiście) ku uciesze publiczności nawet jedna wpadła do mojego drinka, no i po drinku, kolejnie zaprezentowano nam wystrzeliwanie rybki do akwarium, wyciąganie zyletek, strzelanie do balona, sikanie coca colą do butelki by na koniec zaskoczyć wszystkich nas sexem na żywo!Niczego nie spodziewająca się publiczność, oklaskując panie artystki zostaje nagle uraczona dżwiękami jakże romantycznego przeboju backstreet boys. Gasną światła a na scenie pojawia się naga, trzymająca się za ręce para. Para uśmiecha się nieśmiało do publiczności, po czym następuje około 4 minutowy akt kopulacyjny, w trakcie którego zwinny pan wyprawia podniebne ewolucje, popisuje się szpagatem i nienagannym rozciągnięciem ciała. Po występie, jeszcze wszyscy dochodzą do siebie, w końcu było to surrealne przeżycie. Następnie daje się słyszeć burza oklasków. 10 minut przerwy i show rozpoczyna się od początku. Możemy zostać do końca. Do godziny 3 nad ranem. Zostajemy pół godziny, by jeszcze raz obejrzeć końcowy numer popisowy. Nam się podobało, może trochę odstraszały mocno znużone twarze artystek, ale jedno jest pewne. Ping pong show, to część nowoczesnej Tajlandii, więc nie mogło nas zabraknąć na tym jakby nie było dosyć dziwnym i kontrowersyjnym (bo z pewnością nie seksualnym) przedstawieniu.


MUŁ DOBRY NA WSZYSTKO! – WIETNAM

Thap Ba Hot Spring Center.
4 kilometry od Nha Trangu znajduje się bardzo popularne wśród tubylców błotne spa.
Kolejki mogą jednak przypominać te polskie ,,za papierem toaletowym,,. Błoto ma podobno cudowne właściwości… leczy zwyrodnienia stawów, reumatyzm oraz działa odmładzająco na skórę, (ta ostatnia pozycja zainteresowała nas najbardziej). Spa czynne jest od 7 rano do 7 wieczorem. Wstęp kosztuje około 5 dolarów (2- 4 godz.) a wewnątrz wszystko dzieje się według pilnie przestrzeganego rytuału. Najpierw należy wziąć letni prysznic, następnie w wypełnionych mułem drewnianych baliach zażywać kąpieli błotnych przez około 20 min. (do wyboru jest opcja dla par- balia w kształcie serca, balie standardowe- dla dwóch osób i balie party dla grup), następnie na specjalnych leżakach należy zażyć (tym razem dla odróżnienia) kąpieli słonecznej, pozwolić by muł zasechł na skórze, po czym po 10 minutach spłukać ciało pod gorącym mineralnym prysznicem. Następne w kolejce czekają mini baseny z bogatą w sód mineralizowaną wodą, ekstremalnie gorącą! ale która podobno ma oddziałuje kojąco na nerwy. Na koniec pozostaje wodospad z wodą siarczkową, śmierdzącą niemiłosiernie! Po spa, storturowane ciało zwyczajnie odmawia posłuszeństwa, najlepiej jest więc korzystać z tej atrakcji w godzinach popołudniowych.
Adres:15 Ngoc Son.
http://in2vietnam.com/NhaTrangThapBaHotSpringMudbath.aspx




HOLIŁÓDZKA GWIAZDA! – INDIE

Gerard Butler nie jest ekspozycją stałą w Indiach, ale my spotkałyśmy go w Jajpurze na… słoniu obok.
Było wysoko, nawet bardzo i niezbyt komfortowo. Ponadto stałyśmy się przedmiotem żartów Gerarda i jego kolegi, bo przypadła nam najstarsza i najwolniejsza słonica z grupy. ,,Dziewczyny, tarasujecie nam drogę,, , wydzierał się… Chcecie fotkę? Nie, nie chcemy! , odpowiedziałam szorstko. Kurcze, niech się odczepią, myślałam
-Ale ten facet strasznie podobny do tego gościa,
którego, wtrąciłam?
no z tego filmu..
którego?, no, z p.s i love you.
Dziewczyny skąd jesteście?Natręt nie dawał za wygraną.
–Z Polski, a wy?
–Ja ze Szkocji, a kolega z Ameryki. Szturcham Agę, ty to chyba on. I co z tego odpowiedziała, upał jest, nic mi się nie chce…
Chcecie kilka fajnych fotek? Możemy wam potem mailem wysłać! Gerard jestem a to Nick.
Nie nie chcemy! Potem jeszcze przypadkowo spotykaliśmy się w Taj Mahal i pod Pałacem Wiatrów. I za każdym razem kolega Butlera wciskał nam adres mailowy, a ja za każdym razem odpowiadałam tak, tak mailem, po czym następowała natychmiastowa ewakuacja.
Po powrocie, na jednym z portali internetowych przeczytałam,, Butler właśnie powrócił z podróży po Indiach, gdzie odwiedził Taj Mahal i Fort Amer… Aga nalej wina bo mogło być tak pięknie- powiedziałam).



WAGON KOLEJOWY – INDIE

Kolej w Indiach zaliczana jest do jednych z najbardziej zatłoczonych i niebezpiecznych na świecie! Pełni funkcję metra, poczty, miejsca spotkań towarzyskich, restauracji, targu, a przede wszystkim stwarza miejsce pracy dla niemal 1.6 mln ludzi. Dworce wypełnione są kupującymi, sprzedającymi, pucybutami, tragarzami, iluzjonistami, fizycznie zdeformowanymi postaciami które za niewielką opłatą demonstrują niedoskonałości swego ciała. Deformacje lub brak kończyn, choroby skóry itp. Ale dworce to dom przede wszystkim dla złodziei oraz tzw. dworcowych dzieci. Te ostatnie w brudnych łachmanach z prędkością błyskawicy przemykają przez wagony stalowego węża. Do dużych szmacianych worków zręcznym ruchem upychają niemal wszystko, co pozostawią pasażerowie. Plastikowe butelki, resztki jedzenia, gazety. Następnie znikają gdzieś ze swoim łupem, ale tylko na chwilę. Kiedy nadjeżdża kolejny pociąg są już z powrotem. Ich umorusane twarze z nie zwracają niczyjej uwagi…
Na ruchliwych i zatłoczonych hinduskich dworcach nikt nie pyta o numer peronu bo pociągi i tak odjeżdżają skąd chcą, nie czeka aż pociąg kompletnie się zatrzyma, bo się nie zatrzyma. Zazwyczaj jedynie zwalnia swój bieg jedynie na tyle, by pasażerowie mogli z niego w miarę bezpiecznie wyskoczyć, a oczekujący wskoczyć, natomiast wszyscy wszystkich popychają.
Zazwyczaj w pociągach krótko bieżnych obowiązuje podział na wagony męskie oraz żeńskie. Kobiety najczęściej upychane są w kilku pierwszych przedziałach, kiedy mężczyźni mają do dyspozycji całą okazałą resztę.

Wraz z nadciągającym pociągiem pojawiają się wystające kończyny ludzkie. Stopy, ręce, głowy… W momencie zwalniania pociągu, w oczekujących uderza fala wyskakujących (dosłownie) w pośpiechu podróżnych. Wygląda to tak, jakby połowa populacji ogromnego miasta właśnie kończyła swą podróż, a ta druga połowa właśnie ją rozpoczynała. Ktoś podaje jakieś pakunki, ktoś upycha wydające dziwne dźwięki szare wory z żywym inwentarzem, ktoś przerzuca nad głową jakiegoś wystraszonego turysty niemowlę… a wszystko to, dzieje się w zastraszającym tempie. Ktoś jedzie do pracy, ktoś na studia, ktoś opuszcza swoje miasto na zawsze, a jeszcze ktoś tak właśnie zarabia na życie. Sprzedaje własnoręcznie wyrabiane z czapati , czyli chlebki podawane najczęściej z jakimś warzywnym sosem. Prawie nikt nie podróżuje dla przyjemności. Podróżowanie w Indiach to synonim bogactwa i wolności. Czegoś, na co zwyczajnie Hindusów nie stać.
Ponieważ w przedziałach drzwi brak (po prostu przy takim natłoku pasażerów i specyficznej odprawie są one najzwyczajniej zbędne) zalecana jest ewakuacja w głąb przedziału.Do odważnych świat należy. Kiedy pociąg dociera do kolejnego na trasie przystanku, jedynie zwalnia. Nie ma konduktora z gwizdkiem, nie ma stacji, ani nawet peronu. Pasażerowie sprytnie wyskakują z lekko uspokojonej maszyny. Na tyle szybko i sprawnie, by zmieścić się w tych kilkunastu stosunkowo bezpiecznych sekundach. Później zazwyczaj bywa już tylko gorzej. A dokładniej szybciej. Pociąg przyśpiesza a nieobeznanemu z tamtejszymi zwyczajami podróżnemu, nie pozostaje nic innego, jak opóźniona ewakuacja zakończona lądowaniem na twardym podłożu – z mniej lub bardziej poważnymi obrażeniami ciała.




KOMPLEKS ŚWIĄTYNNY – KATMANDU, NEPAL

krematorium, asceci na haju, małpi król…

Kompleks świątynny, z uznaną za najświętszą w Nepalu świątynią Siwy – Pasupatinath, usytuowany jest na brzegu rzeki Bagmati, we wschodniej części Katmandu.
Miejsce przedziwne, wręcz nierealne…
Na kamiennych schodach, pomiędzy stupami medytują Sadhu. Hinduscy wędrowni asceci, dążący do wyzwolenia… Splecione w dredy dżata włosy, niemal nagie ciała pokryte popiołem (ci najbardziej ortodoksyjni paradują nago!), z hipnotyzującym, mętnym od haszyszu wzrokiem…
Kilkanaście metrów dalej położona jest Arya Ghat, miejsce powszechnie używane do kremacji zmarłych. Wolno stojące drewniane stosy, porozrzucane jaskrawe całuny, dym, specyficzny zapach palonego ludzkiego ciała…. Poprzedzając publiczną kremację, ciała zmarłych obmywane są przez ich krewnych w rzece Bagmati, a po ceremonii kremacji, prochy wrzucane są bezpośrednio do rzeki…
Tuż obok, młoda kobieta pochyla się nad krowim łajnem, wkłada w nie dłoń, po czym w skupieniu brunatną mazią rysuje na czole religijny hinduski znak bindi- nazywany również świętą kropką, bądź trzecim okiem. To ma jej zapewnić błogosławieństwo Bogów na cały dzień…
A gdzieś pomiędzy tym wszystkim pląsa małpi król… sen wariata!









Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *